Tony Scott po raz kolejny dokonał całkiem
dobrego połączenia filmu akcji, dramatu i elementów science fiction.
Dotychczasowe dokonania reżysera w postaci kultowego “Top Gun”, “Wroga
publicznego” oraz “Człowieka w ogniu” stanowiły doskonałe podłoże do
stworzenia czegoś dosyć świeżego i w pewnych momentach zaskakującego.
Ponadto należy wspomnieć o scenariuszu, za który odpowiedzialni są Bill
Marsilii oraz Terry Rossio, a który to kosztował producentów 5 mln
dolarów – za tyle właśnie nabyto prawa do tekstu. Kwota ta jest
nietypowa nawet jak na Hollywood, dlatego też spodziewano się filmu,
który ściągnie do kin tłumy i zachwyci krytyków.
Niestety stało się chyba inaczej, ponieważ mimo ogromnej kampanii
reklamowej, film na dużym ekranie postanowiła obejrzeć raczej niewielka
liczba osób. Przykładowo w dniu premiery w jednym z polskich kin dużej
sieci pojawiło się zaledwie dziesięć osób. To naprawdę kiepski
rezultat, spowodowany być może obecnością innych premierowych i
ciekawych tytułów w repertuarze. Ja mam jednak nadzieję, że na film
zdążą się wybrać jeszcze zwolennicy wartościowego kina akcji, bo “Deja
Vu” z pewnością na to zasługuje.
Fabuła jest dosyć prosta, choć wraz z rozwojem akcji jej klarowność
ulega pewnemu zamazaniu. Reżyser przenosi nas do Nowego Orleanu, który
dopiero co stawił czoła huraganowi Katrina, a już musi stanąć oko w oko
z nowym niebezpieczeństwem. Ktoś zaplanował doskonale przygotowany
zamach bombowy, w wyniku którego życie straciło ponad 500 osób, a
miasto ugięło się pod ciężarem tragedii. Do zbadania tej sprawy
wyznaczono oprócz FBI, także agenta biura ATF Douga Carlina (Denzel
Washington). W szybkim wykryciu sprawcy miała pomóc tajna technologia,
pozwalająca obserwować obraz sprzed czterech dni i sześciu godzin.
Carlin szybko odkrył, że nie chodzi tutaj o doskonałe technicznie
narzędzia, ale o coś więcej – o możliwość cofnięcia się do przeszłości.
Nie rozumiem dlaczego prawa do tego scenariusza odkupiono za tak
astronomiczną sumę. W historii tej nie ma przecież tak naprawdę niczego
nowego. Podróż w czasie, zaginanie czasoprzestrzeni i inne
futurystyczne pomysły były już wykorzystywane w wielu filmach. Scott
jednak postanowił zrezygnować z nienaturalnego, naukowego bełkotu,
stawiając na akcję i świetne zdjęcia, nie zapominając jednak o sprawnym
nakreśleniu profili głównych bohaterów. To dzięki szybkości film
nabiera kolorów, a ciągłe zaskakiwanie widza, oddala go od ewentualnych
przemyśleń, związanych z nieścisłościami i uproszczeniami fabuły (rażą
jednak takie kwestie jak supertajny projekt badawczy, chroniony jedynie
drzwiami na kartę magnetyczną). Pojawiło się kilka momentów, w których
byłem pewny, jak skończy się film, jednak za każdym razem okazywało
się, że to nie tędy droga. Oczywiście sama końcówka nie była dla mnie
wielkim zaskoczeniem, jednak nie wpłynęło to na dobry odbiór filmu.
Bardzo ważne staje się tutaj także podłoże emocjonalne i duchowa sfera
życia bohaterów. Z jednej strony mamy wielką katastrofę, setki ofiar i
bezosobowe niemal śledztwo, z drugiej jednak pojawiają się elementy
pewnej zażyłości pomiędzy Carlinem i Claire Kuchever, która zginęła w
tajemniczych okolicznościach. Dzięki technice udało się jednak powrócić
agentowi do dnia codziennego kobiety i poczuć do niej coś więcej, niż
tylko żal i smutek. Carlin zobaczył żywą postać, która w rzeczywistości
była martwa. Zamiast dążyć jedynie do poznania tożsamości terrorysty,
chciał również pomóc ofierze i wykorzystać technikę, do ocalenia życia
setek ludzi, a w szczególności życia Claire.
Mamy więc tutaj do czynienia z dramatem, rodzącym się wątkiem miłosnym,
a wszystko to okraszone jest sporą dawką akcji z domieszką science
fiction. Scott bardzo umiejętnie przesunął szalę w stronę akcji i
uzyskał porządne widowisko, na które składają się pościgi samochodów,
wielkie wybuchy i ucieczka. Aby jednak sprawić, by film był bardziej
wartościowy, reżyser położył także nacisk na psychikę bohaterów, która
zarysowuje się w sposób, którego bym po takim filmie nie oczekiwał.
Oczywiście jest to zasługa w dużej mierze aktorów, którzy z
zaangażowaniem wtapiając się w atmosferę filmu. Wiele jest takich
tytułów, które starają się być czymś więcej, niż tylko filmem akcji,
jednak nie zawsze ta sztuka się udaje. Trzeba umiejętnie łączyć różne
gatunki i wyczuć, co dla widza będzie ważne. “Deja Vu” nie jest kinem
wymagającym ponadprzeciętnego myślenia, jednak główni bohaterowie
sprawiają, że widz nie czuje się obserwatorem kolejnego obrazu z cyklu
zabili go i uciekł, ale stara się łączyć ze sobą różne wątki, poznawać
charakter postaci, nie bacząc przy tym na pomniejsze uchybienia twórców
filmu.
Na słowa uznania zasługuje Denzel Washington, który jednak według mnie
marnuje swój talent, biorąc udział w takich bądź co bądź bardziej
rozrywkowych produkcjach. Paula Patton miała raczej trudne zadanie,
ponieważ na początku grała... zwłoki kobiety, by po kilkunastu minutach
powstać z martwych, a raczej ukazać swój obraz z przeszłości. Aktorka
odtwarza swoją rolę poprawnie, jednak nie zwróciła jakoś szczególnie
mojej uwagi. Na ekranie przemknął mi przed oczami także Val Kilmer,
który zbytnio się nie nagrał, jednak zawsze miło widzieć znajome
twarze, choć aktor trochę się zmienił, założył okulary i przytył. Duże
brawa należą się natomiast czarnemu charakterowi, czyli Jamesowi
Caviezelowi, będącemu uosobieniem zła i psychopatii. Jego szklane oczy
i wąskie usta sprawiają, że naprawdę czuje się tę atmosferę obłędu.
Aktor tak bardzo przywiązał się do odgrywanej postaci, że postanowił
podobno nie korzystać z pomocy kaskadera w kulminacyjnej i dosyć
niebezpiecznej scenie.
Najbardziej jednak podobały mi się dwa drugorzędne, można by rzec,
elementy filmu, a mianowicie zdjęcia i muzyka. Paul Cameron w doskonały
sposób poprowadził kamerę i dokonał w fantastyczny sposób spowolnienia
ruchu kamery wokół planu i postaci. W tych momentach, którym
towarzyszył dodatkowo podkład muzyczny Harry'ego Gregsona – Williamsa,
człowiek naprawdę czuje atmosferę filmu. Głębokie dźwięki są warte
tego, by posłuchać ich w odpowiednich warunkach, czyli na sali kinowej.
W gruncie rzeczy jest to bardzo pozytywny film, chociaż ukazujący
przykre zdarzenia i sceny. Na ekranie widać zdjęcia zniszczonego przez
huragan Nowego Orleanu, setki ciał ludzi, którzy zginęli w ataku
bombowym na prom, ale w tym wszystkim pojawia się również ludzkie
uczucie i chęć pomocy, chęć uratowania tych wszystkich istnień, nawet
kosztem sporych poświęceń. To film o odwadze, ale także o miłości,
którą obdarza się bliźniego. Właśnie dzięki tym kwestiom film wyróżnia
się w swojej kategorii. Opakowanie tego obrazu w sceny akcji nie
zaburzyło przesłania twórców, dzięki czemu powstał film bardzo
poprawny, który ogląda się z zadowoleniem, bez nadmiernego zwracania
uwagi na niedociągnięcia.
|