Menu główne
strona główna
kontakt
Artykuły
Bielizna dla nastolatek
Buty dla nastolatek
Biżuteria
Dbaj o siebie
Filmy dla nastolatek
Gadżety
Moda
Uroda : Makijaż
Uroda : Twarz i ciało
Uroda : Włosy
Statystyki


userów na stronie: 0
gości na stronie: 5
Najczęściej czytane
-TENDENCJE W BIELIŹNIE ...
-Piękne i zadbane piersi
-Obsessive... Komplet V...
- Obsessive... Stringi ...
-Obsessive... komplet G...
-Obsessive... Komplet K...
- Buty Icebug Cortina -...
-Shirley... Bodystockin...
-Axami... Komplet V541/...
-Elegant Moments... Kom...
Polecamy
rap, hip hop
europejska choszczno
mirc
telewizory led
kamery
Artykuły > Filmy dla nastolatek > Deja Vu
Tony Scott po raz kolejny dokonał całkiem dobrego połączenia filmu akcji, dramatu i elementów science fiction. Dotychczasowe dokonania reżysera w postaci kultowego “Top Gun”, “Wroga publicznego” oraz “Człowieka w ogniu” stanowiły doskonałe podłoże do stworzenia czegoś dosyć świeżego i w pewnych momentach zaskakującego. Ponadto należy wspomnieć o scenariuszu, za który odpowiedzialni są Bill Marsilii oraz Terry Rossio, a który to kosztował producentów 5 mln dolarów – za tyle właśnie nabyto prawa do tekstu. Kwota ta jest nietypowa nawet jak na Hollywood, dlatego też spodziewano się filmu, który ściągnie do kin tłumy i zachwyci krytyków.

Niestety stało się chyba inaczej, ponieważ mimo ogromnej kampanii reklamowej, film na dużym ekranie postanowiła obejrzeć raczej niewielka liczba osób. Przykładowo w dniu premiery w jednym z polskich kin dużej sieci pojawiło się zaledwie dziesięć osób. To naprawdę kiepski rezultat, spowodowany być może obecnością innych premierowych i ciekawych tytułów w repertuarze. Ja mam jednak nadzieję, że na film zdążą się wybrać jeszcze zwolennicy wartościowego kina akcji, bo “Deja Vu” z pewnością na to zasługuje.

Fabuła jest dosyć prosta, choć wraz z rozwojem akcji jej klarowność ulega pewnemu zamazaniu. Reżyser przenosi nas do Nowego Orleanu, który dopiero co stawił czoła huraganowi Katrina, a już musi stanąć oko w oko z nowym niebezpieczeństwem. Ktoś zaplanował doskonale przygotowany zamach bombowy, w wyniku którego życie straciło ponad 500 osób, a miasto ugięło się pod ciężarem tragedii. Do zbadania tej sprawy wyznaczono oprócz FBI, także agenta biura ATF Douga Carlina (Denzel Washington). W szybkim wykryciu sprawcy miała pomóc tajna technologia, pozwalająca obserwować obraz sprzed czterech dni i sześciu godzin. Carlin szybko odkrył, że nie chodzi tutaj o doskonałe technicznie narzędzia, ale o coś więcej – o możliwość cofnięcia się do przeszłości.

Nie rozumiem dlaczego prawa do tego scenariusza odkupiono za tak astronomiczną sumę. W historii tej nie ma przecież tak naprawdę niczego nowego. Podróż w czasie, zaginanie czasoprzestrzeni i inne futurystyczne pomysły były już wykorzystywane w wielu filmach. Scott jednak postanowił zrezygnować z nienaturalnego, naukowego bełkotu, stawiając na akcję i świetne zdjęcia, nie zapominając jednak o sprawnym nakreśleniu profili głównych bohaterów. To dzięki szybkości film nabiera kolorów, a ciągłe zaskakiwanie widza, oddala go od ewentualnych przemyśleń, związanych z nieścisłościami i uproszczeniami fabuły (rażą jednak takie kwestie jak supertajny projekt badawczy, chroniony jedynie drzwiami na kartę magnetyczną). Pojawiło się kilka momentów, w których byłem pewny, jak skończy się film, jednak za każdym razem okazywało się, że to nie tędy droga. Oczywiście sama końcówka nie była dla mnie wielkim zaskoczeniem, jednak nie wpłynęło to na dobry odbiór filmu.

Bardzo ważne staje się tutaj także podłoże emocjonalne i duchowa sfera życia bohaterów. Z jednej strony mamy wielką katastrofę, setki ofiar i bezosobowe niemal śledztwo, z drugiej jednak pojawiają się elementy pewnej zażyłości pomiędzy Carlinem i Claire Kuchever, która zginęła w tajemniczych okolicznościach. Dzięki technice udało się jednak powrócić agentowi do dnia codziennego kobiety i poczuć do niej coś więcej, niż tylko żal i smutek. Carlin zobaczył żywą postać, która w rzeczywistości była martwa. Zamiast dążyć jedynie do poznania tożsamości terrorysty, chciał również pomóc ofierze i wykorzystać technikę, do ocalenia życia setek ludzi, a w szczególności życia Claire.

Mamy więc tutaj do czynienia z dramatem, rodzącym się wątkiem miłosnym, a wszystko to okraszone jest sporą dawką akcji z domieszką science fiction. Scott bardzo umiejętnie przesunął szalę w stronę akcji i uzyskał porządne widowisko, na które składają się pościgi samochodów, wielkie wybuchy i ucieczka. Aby jednak sprawić, by film był bardziej wartościowy, reżyser położył także nacisk na psychikę bohaterów, która zarysowuje się w sposób, którego bym po takim filmie nie oczekiwał. Oczywiście jest to zasługa w dużej mierze aktorów, którzy z zaangażowaniem wtapiając się w atmosferę filmu. Wiele jest takich tytułów, które starają się być czymś więcej, niż tylko filmem akcji, jednak nie zawsze ta sztuka się udaje. Trzeba umiejętnie łączyć różne gatunki i wyczuć, co dla widza będzie ważne. “Deja Vu” nie jest kinem wymagającym ponadprzeciętnego myślenia, jednak główni bohaterowie sprawiają, że widz nie czuje się obserwatorem kolejnego obrazu z cyklu zabili go i uciekł, ale stara się łączyć ze sobą różne wątki, poznawać charakter postaci, nie bacząc przy tym na pomniejsze uchybienia twórców filmu.

Na słowa uznania zasługuje Denzel Washington, który jednak według mnie marnuje swój talent, biorąc udział w takich bądź co bądź bardziej rozrywkowych produkcjach. Paula Patton miała raczej trudne zadanie, ponieważ na początku grała... zwłoki kobiety, by po kilkunastu minutach powstać z martwych, a raczej ukazać swój obraz z przeszłości. Aktorka odtwarza swoją rolę poprawnie, jednak nie zwróciła jakoś szczególnie mojej uwagi. Na ekranie przemknął mi przed oczami także Val Kilmer, który zbytnio się nie nagrał, jednak zawsze miło widzieć znajome twarze, choć aktor trochę się zmienił, założył okulary i przytył. Duże brawa należą się natomiast czarnemu charakterowi, czyli Jamesowi Caviezelowi, będącemu uosobieniem zła i psychopatii. Jego szklane oczy i wąskie usta sprawiają, że naprawdę czuje się tę atmosferę obłędu. Aktor tak bardzo przywiązał się do odgrywanej postaci, że postanowił podobno nie korzystać z pomocy kaskadera w kulminacyjnej i dosyć niebezpiecznej scenie.

Najbardziej jednak podobały mi się dwa drugorzędne, można by rzec, elementy filmu, a mianowicie zdjęcia i muzyka. Paul Cameron w doskonały sposób poprowadził kamerę i dokonał w fantastyczny sposób spowolnienia ruchu kamery wokół planu i postaci. W tych momentach, którym towarzyszył dodatkowo podkład muzyczny Harry'ego Gregsona – Williamsa, człowiek naprawdę czuje atmosferę filmu. Głębokie dźwięki są warte tego, by posłuchać ich w odpowiednich warunkach, czyli na sali kinowej.

W gruncie rzeczy jest to bardzo pozytywny film, chociaż ukazujący przykre zdarzenia i sceny. Na ekranie widać zdjęcia zniszczonego przez huragan Nowego Orleanu, setki ciał ludzi, którzy zginęli w ataku bombowym na prom, ale w tym wszystkim pojawia się również ludzkie uczucie i chęć pomocy, chęć uratowania tych wszystkich istnień, nawet kosztem sporych poświęceń. To film o odwadze, ale także o miłości, którą obdarza się bliźniego. Właśnie dzięki tym kwestiom film wyróżnia się w swojej kategorii. Opakowanie tego obrazu w sceny akcji nie zaburzyło przesłania twórców, dzięki czemu powstał film bardzo poprawny, który ogląda się z zadowoleniem, bez nadmiernego zwracania uwagi na niedociągnięcia.
komentarz[0] |


0.018 |