Ileż się o tym filmie
nasłyszałem zanim się pojawił na ekranach kin! Cały ten szum medialny
wokół najpierw książki, a później jej adaptacji to klasyczna burza w
szklance wody... i do tego wody prosto z (k)Loary.
Przeczekałem okres kiedy filmidło to święciło kasowe triumfy w kinach
na całym świecie. Przetrwałem niewzruszenie dziki szał na książkę...,
po którą w mojej miejskiej bibliotece trzeba było ustawiać się w
niezłej kolejce (ktoś kto wtedy zajrzałby do biblioteki i zobaczył co
chwilę przychodzących tudzież dzwoniących ludzi pomyślałby, że ze
spadkiem czytelnictwa w naszym kraju to bujda). Gdy opadło ciśnienie
związane z dyskusjami jakie rozgorzały na forach internetowych wreszcie
obejrzałem sobie to cuś.
Fabuła ma być z wyglądu skomplikowana i misterna, a przy bliższej
obdukcji tegoż trupa wyłażą trociny napchane zamiast bebechów w
prosektorium Hollywoooood. więc znany maniak tajemnic zostaje zabrany
przez policję, francuską policję na miejsce zbrodni w Luwrze. Został
tam zabity znany maniak Jacques Saunière. Jednak przed śmiercią
postarał się zostawić ślady w formie zagadki, którą pan Robert Langdon
ma rozwiązać by się dowiedzieć kto był zabójcą. Oczywiście pojawia się
także piękna nieznajoma, która maniakalnie wie więcej niżby na to
wskazywały poszlaki.
Dalej nie chce mi się rozwodzić nad fabułą, gdyż mija się to z celem,
przecież trzeba widzowi zostawić jakieś niedopowiedzenie... Faktycznie
jakieś - dla mnie tym niedopowiedzeniem było pytanie - za czym te
miliony tak szalały po kinowych salach?
Już na początku trafia nas potężna kicha - niedorzeczność. Ja się
grzecznie pytam: kto umierając, mając jeszcze tylko kilka minut życia
popiernicza po muzeum zostawiając tu i ówdzie kolejne kawałki zagadki
związanej z mordercą? I pytam się jeszcze grzeczniej po raz wtóry: jak
wysoki iloraz inteligencji należy posiadać, by w tych kilku ostatnich
tchnieniach wymyślić tak skomplikowaną łamigłówkę, którą rozszyfrować
może tylko kolejny geniusz z IQ podczas snu równy 487? Te jak i wiele
innych pytań pojawiających się co i rusz podczas seansu, trzeba
pozostawić bez odpowiedzi...
Na pierwszy rzut oka jest tu wszystko co stanowi o hicie made in
hollywooooood - scenariusz oparty na bestsellerowej książce (bo trzeba
nakręcić coś co nakręciło już rynek), gwiazdorską obsadę (najlepiej
zdobywców nagród itp.), piękną aktorkę (Audrey Tautou uroku nie można
odmówić) i porządnych rzemieślników do sklecenia tej lepianki. Tylko co
z tego wyszło? Szydło z worka, pordzewiałe szydło z parcianego worka, w
którym został kupiony przez miliony widzów kot, który tak naprawdę nie
jest kotem - tylko kolejnym wcieleniem faraona Ramzesa II, który nie
jest człowiekiem a kosmitą, a kosmici to tak naprawdę podróżnicy w
czasie z innego wymiaru sprawiedliwości.
Kilkukrotnie zaśmiałem się z niedorzeczności jakie mi zaserwowano,
jednak było to zagranie typowo autowe. Obawiam się, że prosty lud dał
się nabrać tej prezentowanej nowej/starej formie spiskowej teorii
dziejów spisanych zanim się jeszcze wydarzyły. Wkurzyło mnie, iż główna
tajemnica objawiła mi się nieznanym sposobem już wtedy, gdy dwie
wielkie umysłowo głowy rozważały na ekranie o podtekstach na obrazie
Ostatnia Wieczerza.
Tłuszcza waliła drzwiami i oknami by obejrzeć nieznane nam kulisy
powstawania religii chrześcijańskiej. Polska jako kraj katolicki stała
w czele zdobycia tej niesamowitej wiedzy. Ja już będąc pacholęciem
przeszedłem etap mitomani - czyli zaczytywania się wielokrotnie
"Pocztem potworów letnich", oraz dziełami mistrza mitomani Ericha von
Danikena, który potrafiłby udowodnić nawet to, że Giertychowie nie
pochodzą od małpy, a od inteligentnej formy krzemionki pochodzącej z
gwiazdozbioru Łabędzia. Będąc przeciętnym nastolatkiem, mającym do
dyspozycji jedynie przeciętny księgozbiór w przeciętnej bibliotece
publicznej (tak, tak było to jeszcze w czasach, gdy o internecie nikt
nie słyszał) weryfikowałem te bajki dla potłuczonych na wierze i
znalazłem swoją drogę do prawdy. Do dziś jestem fanem fantastyki,
wierzę w inteligentne formy życia we wszechświecie poza Ziemią, ale ni
cholery nie dałem się wciągnąć w tą mitomaniaczą postmodernistyczną rę
prosto z książki i filmu - mającego robić pozory opartego na
prawdziwych domniemaniach. Do mnie nie ma szans dotrzeć pusty przekaz o
innej, prawdziwej historii Jezusa Chrystusa.
Wszyscy zauroczeni tym filmem powinni sięgnąć do prawdziwych korzeni
wątków luźno rozrzuconych w tym filmie. Miło zobaczyć dzieło, gdzie
głośno mówi się o terrorze jaki siał przez wieki swojej działalności
kościół katolicki, ale poza tym pustym dźwiękiem rozgłosu, brak tu
prawdziwej debaty, dyskusji.
Nagromadzono tu wręcz olbrzymią ilość znanych każdemu elementów -od
Leonarda da Vinvi, przez Jezusa Chrystusa, Marię Magdalenę, zakon
templariuszy, po Świętego Graala. Jednak sygnowane tymi hasłami
widowisko tylko w znikomym stopniu bawi, bo uczyć może co najwyżej
przeciętnego Amerykanina, który ma problemy w edukacji na każdym polu -
nawet jeśli jest zasięg.
Tom Hanks genialnie zagrał w "Filadelfii" czy "Forreście Gumpie", a w
tym filmie to chyba tylko milionowa gaża miała być dla niego wyzwaniem.
Jego postać męczy sie (te klaustrofobiczne lęki wprowadzone chyba tylko
po to by ukazać boską moc leczenia), a sam aktor chyba nie do końca
miał na nią pomysł. To samo Audrey Tautou i Jean Reno - takie nie
wiadomo co i trudno cokolwiek dobrego o nich powiedzieć. W tej trójce
najmniej blado wypada Reno, ale i tak daleko jest mu do jego
prawdziwych umiejętności (zaserwowanych choćby w "Leonie zawodowcu").
Widać, że w ten film wpompowano miliony dolarów, ale tylko po to by za
sprawą boskiej pomocy rozmnożyły się i przyniosły niezłe profity. Ta
część misterium wypadła dość okazale. Gorzej jest pod względem filmu
jako sztuki, chyba że tą sztukę przeliczymy na sztukę jako jednostkę.
Czy obejrzeć? Można, ale poczekajmy na moment, gdy co miesiąc będzie
ten film hitem dnia w kolejnych stacjach telewizyjnych, które dla
naszego dobra przedłużą czas naszego kontaktu z tym dziełem o minimum
pół godziny dzięki niezbędnym przerwom reklamowym na zrobienie herbatki
miętowej i opieprzenia czegoś na ciepło, której to temperatury brak w
tym wysoko produkcyjniaku
|