Maria Antonina to film przez niektórych długo
wyczekiwany. Skoro bowiem Sofia Coppola tak rezolutnie błysnęła
scenariuszem do kameralnego „Między słowami” to co się stanie gdy
zajmie się większym kalibrem?
Maria Antonina to bez wątpienia film historyczny. Coppola ucieka jednak
od typowego rozumienia konwencji „wielkiej epopei”. I całe szczęście.
Bo po co nam trylogia Sienkiewicza w wersji francuskiej?
Jest to raczej historia pewnej zagubionej Austriaczki, która zostaje
zaślubiona w ramach idei political correctness francuskiemu delfinowi.
Jak widać, bluźnierstwem ówcześnie było wyjść za mąż z miłości.
Młodziutka Maria Antonina trafia do Wersalu, który rządzi się surową
etykietą dworską. A pod maską savoir vivre’u ukrywa swoje prawdziwe
oblicze – zgnilizna moralna i intryganctwo aż wgryzają się w ozdobne
stiuki. Niewinne dziewczę musi szybko nauczyć się reguł gry by
przetrwać w tym świecie. Mąż niedojda i złośliwe damy dworu nie
ułatwiają sprawy. W końcu jednak odnajduje swoje miejsce wśród setek
komnat i rozbuchanej do granic absurdu etykiety. Trochę buntu,
rozrzutność i nieskrępowane zachowanie to jej przepis na sukces. Z
małej zagubionej dziewczynki zamienia się w pewną siebie matronę. I gdy
wydaje się, że życie dworskie upłynie jej wśród zabawy, lukrowanych
ciasteczek i małych piesków pojawia się Ona. Okrutna, przerażająca i
pełna nienawiści. Rewolucja Francuska. Tyle tytułem samej akcji.
A co się dzieje Między Słowami? No właśnie niestety niewiele…to co było
dobre w poprzednim filmie Coppoli tu powoduje zjawisko zwane „wieje
nudą”… cisza, półsłówka, melancholijne kadry, patrzenie w przestrzeń,
oszczędne środki wyrazu może i są jej sygnaturą, ale nie zawsze się
sprawdzają. Swoją drogą ciężko powiedzieć dlaczego – może ascetyzm
postaci zbyt boleśnie odstaje od przepychu scenografii? W każdym razie
kadry zdają się ciągnąć w nieskończoność…
Inna sprawa, że Copolla starała się uciec od sztampowego pokazania
postaci historycznej co bardzo jej się chwali. Podjęła próbę
odmitologizowania postaci Marii Antoniny, dała do zrozumienia, że
historia to często bzdurne mity. Że Maria Antonina nie proponowała
ludziom ciastek, gdy Ci wygłodniali zarzucali brak chleba. Że nie była
wyrachowaną i pustą lalką. To ważny głos, który uświadamia, że nie
warto bezkrytycznie wierzyć w to co napisane w podręcznikach do
historii. Jak było nie wie bowiem nikt.
Co się zaś tyczy samej Kirsten Dunst grającej Marię Antoninę to panom
powinny zmięknąć kolana – urocze, różowe lukrowane ciasteczko to ona!
Słodka dziewczynka o uroczym uśmiechu nie mogła być przecież tak
okrutna by trzeba było skazać ją na szafot…
Soffi Coppoli też na ścięcie nie warto skazywać, ale chyba lepiej by
było i dla nas i dla niej gdyby wróciła do swoich kameralnych historii
miłosnych…