Pierwsza "Saw" była ciekawa. Druga była inna,
lecz nadal ciekawa. Trzecia jednak - zgodnie z oczekiwaniami - jest
nudna i wtórna.
Jigsaw oraz Amanda znowu nauczają. Tym razem wybaczania. Kilka lat temu
Jeff stracił syna w wyniku wypadku samochodowego. Sąd wymierzył jego
zabójcy zaskakująco łagodną karę. Od tego momentu Jeff żyje nienawiścią
i żądzą zemsty. Daje mu ją sam Jigsaw zmuszając go do przyjęcia roli
pana życia i śmierci kilku osób bezpośrednio związanych ze śmiercią
syna oraz procesem sądowym jej winowajcy. Sam psychopatyczny edukator
jest jednak śmiertelnie chory. Kolejną wiec uczennicą staje się Lynn
Denlon, wspaniała pani doktor a zarazem znudzona życiem i zaniedbująca
rodzinę kobieta. Powierzone zostaje jej zadanie utrzymania Jigsawa przy
życiu do momentu, w którym Jeff ukończy swoje próby. Oba wątki
rozwijają się jednocześnie by pod koniec całkiem logicznie się
połączyć. Tutaj niestety zalety scenariusza kończą się. Wydarzenia są
przewidywalne, dialogi drętwe i pozbawione polotu. Z punktu widzenia
potencjalnego widza "Saw" oczekującego hektolitrów krwi dużo ciekawszy
wydaje się być wątek Jeffa, który scenarzyści zepchnęli jednak na plan
drugi starając się wpleść trochę psychologii. Nieudanie, ale o tym za
chwilę.
Bądźmy jednak szczerzy. Nie o fabułę tutaj chodzi a o krew. W tym
przypadku dostajemy niestety kolejne, wielkie rozczarowanie. Nie tak
dawno świat obiegły informacje o widzach mdlących w trakcie seansów.
Logicznym wiec wydawało się nastawienie się na długie ujęcia
rozrywanych bądź rozszarpywanych ciał nie pozostawiających nic
wyobraźni. W filmie uskuteczniono jednakże szybkie ujęcia rodem z MTV
nie pozwalające na dosłowne wylanie się na widza wnętrzności denata.
Niby mamy tu pomysłowe sposoby uśmiercania, niby ludzie są rozrywani,
łamani czy zżerani. Ale co z tego, jeśli jedna z pierwszych scen
(rozerwanie korpusu) okazuje się być mniej "mięsista" niż analogiczne
rozrywanie Pinheadowskimi łańcuchami z sędziwego już "Hellraisera"?
Można by sądzić, że taki montaż mógłby mieć na celu działanie na
wyobraźnie. Nie znajdziemy tu jednak godnych następców wbijania noża w
oko czy wrzucania do dołu wypełnionego strzykawkami z części
poprzedniej. Nawet nie spróbuję porównać ich do tych naprawdę mocnych,
znanych z innych filmów - choćby rozerwania tirami z "Hitchera" - gdyż
zakrawało by to na najzwyczajniejszą w świecie kpinę. Zresztą, skoro
autorzy chcieliby jedynie dawać poszlaki co do tego, co dzieje się z
torturowanymi, nie dawaliby tego co dają. A dają w zasadzie całkiem
dużo, jednakże zbyt chaotycznie by lekko zaprawionego w boju widza
obrzydzić.
Może więc autorzy przerażenie wywołać chcieli samymi postaciami?
Najwyraźniej nie, skoro zaserwowali nam gamę jednowymiarowych i
całkowicie przewidywalnych bohaterów. Co gorsza, nie udało im się w
żadnym stopniu wzbudzić we mnie jakichkolwiek uczuć względem nich. Nie
kibicowałem, nie nienawidziłem. Po prostu, szczerze zwisał mi ich los.
Mamy więc co najwyżej średnia fabułę będącą pretekstem do pokazania
mało obrazowych scen śmierci papierowych postaci. Największą jednak
wadą "Saw 3" jest "Saw 2". Z dużej perspektywy wydają się być
identyczne, lecz w miarę zbliżania wzroku coraz wyraźniej widać, że
ostatnia część jest jedynie nieudaną wariacją na temat poprzednika. W
części drugiej niemalże ciekawe okazywały się być wzajemne relacje
bohaterów, którzy mieli niemalże realistyczne charaktery. Niemalże
okazuje się być naprawdę dużym odcinkiem, ale to nie czas ani miejsce
na takie dysputy. Tutaj mamy jednego faceta, z którym sympatyzować nie
sposób, latającego z pomieszczania do pomieszczenia by chwile
pokrzyczeć i pójść dalej. Nie wciąga to w najmniejszym stopniu. W 2
mieliśmy także dwa plany. Tam był nim policyjny pościg dozowany w
sensownych, nie usypiających ilościach, tutaj jest nim wysunięty na
piedestał interpersonalny konflikt Jigsawa, Amandy oraz Lynn. Konflikt
niestety chybiony, gdyż żadna z postaci nie dorobiła się interesującego
rysu psychologicznego (nie wspomnę nawet o "realistycznym", bo samo
oczekiwanie takowoweg znacznie powiększyło by moje zawiedzenie się tą
produkcją). Mamy tu także zaskoczenie trzymane na sam koniec. Po raz
trzeci okazuje się, że jedynie sam Jigsaw panuje nad wszystkim. O
dziwo, wprowadzone w marny sposób, działa lepiej niż to poprzednie nie
wzbudzając aż takiego śmiechu politowania nad efektem pracy
scenarzysty. W zasadzie jedynym nowym elementem jest zapoczątkowanie
procesu ujawnienia przeszłości Jigsawa, który najprawdopodobniej
zostanie kontynuowany w częściach kolejnych (część 4 jest już
oficjalnie zapowiedziana, a domena www.saw5.com
kupiona). Pech chce, że jest to kolejny nie trafiony element źle
pracującej maszyny jaką ten film jest. To właśnie tajemniczość
psychopatycznego mordercy była najciekawszym i najbardziej
przerażającym elementem poprzedniczek. Najgorszy jest jednak fakt, że
nawet gdyby te elementy były dużo bardziej dopracowane (bądź chociaż
dopracowane), "Saw 3" i tak nie można by uznać za obraz udany.
Skostniała formuła wyraźnie się już przejadła i nie smakowałaby tak
dobrze jak do niedawna (choć i tak wtedy nie była żadnym wykwintnym
daniem).
Nie wspomniałem do tej pory o aktorstwie, bo w zasadzie nie ma o czym.
Po raz trzeci większość ról ogranicza do się do prezentowania dwóch
postaw - strachu/skonfudowania oraz umierania. Ludzie pojawiają się na
ekranie, błagają o litość a potem drą się niebo głosy. Zawodzą jednak
role pierwszoplanowe. Nikt nie wybija się na plus, nie wybija się na
minus. Robią co muszą, nie starając się wybić poza ten standard.
Jednak, jak by nie patrzeć, Tobin Bell (Jighsaw) to nie Anthony Hopkins
(Hannibal Lecter z "Silence of the Lambs"), nie dostał także
wymagającej roli. Przez cały film leży i powstrzymuje Shawnee Smith
(Amanda), która ciągle lata po ekranie próbując ukatrupić stanowczo
zbyt spokojną Bahar Soomekh (Lynn).
Zakończę może trochę niepoprawnie politycznie. Film zobaczyć można. Nie
dlatego, że jest wspaniały, wybitny czy ponadprzeciętny gdyż taki po
prostu nie jest. Jest jednak trzecia częścią kultowej już sagi,
kontynuacją jednych z najbardziej wpływowych wpływowych filmów XXI
wieku. Jednak pieniędzy na bilet naprawdę szkoda.